O radiowej antologii, zamiłowaniu do cygańskiej poezji i marzeniach

fot. www.pawluskiewicz.pl

"Udałem się w nową przygodę z nowym składem i z Andrzejem Zauchą na pokładzie. Efektem tej współpracy jest płyta, która nie osiągnęła wówczas jakiejś szczególnej popularności. Mam wrażenie, że jakaś świeżość przebijała z tej płyty, jakaś intencja, że chcieliśmy zrobić coś nowego - w sensie literackim i muzycznym." – o wydawanej przez Polskie Radio "Antologii", współpracy z Andrzejem Zauchą i spotkaniu z sir Paulem McCartneyem z Janem Kantym Pawluśkiewiczem rozmawiał Bartek Gruchlik.


Bartek Gruchlik: Pewnie Pan nie pamięta, ale 4 lata temu spotkaliśmy się z okazji premiery płyty "Radość Miłosierdzia".

Jan Kanty Pawluśkiewicz: O, tak było bardzo miło…

Pamiętam, że wtedy przedstawiłem Pana jako kompozytora, a pan poprawił mnie mówiąc "Jestem przede wszystkim malarzem".

Jest to kaprys niskich lotów. Przepraszam bardzo. Przecież zajmuję się muzyką i nie chcę tego kontynuować w takim tonie, że z czegoś trzeba żyć i tak dalej i tak dalej. Muzyka jako fantazja niezwykle skutecznie "zdewastowała" moje zacięcie architektoniczne. Potem to "zdewastowane zacięcie" jednak powróciło po latach i od 15 lat zajmuję się malarstwem zawodowo. Specjalizuję się w żel arcie. Jednak dzisiaj mam przyjemność z Panem rozmawiać z okazji inspiracji Polskiego Radia.

Inspiracja Polskiego Radia zacna, ponieważ zaczyna się ukazywać "Antologia Jana Kantego Pawluśkiewicza". Pierwszy album tej antologii mam w ręku "Jan Kanty Pawluśkiewicz Antologia vol. 1 - Andrzej Zaucha". Zastanawiałem się słuchając tych piosenek, skąd Pan pamiętał wszystkie te wersje?

Wszystkich wersji może nie pamiętam, natomiast pamiętam bardzo dobrze klimat nagrań na ul. Długiej. Pamiętam też klimat wcześniejszych nagrań, naszych wejść do studia, także ten nastrój - może nie euforii, ale takiej radości zarejestrowania tego, co przed chwilą skomponowaliśmy i zrobiliśmy. To także, a może przede wszystkim nowy skład - świeże towarzystwo i ewenementalny głos Andrzeja Zauchy.

Czy pamięta Pan okoliczności, w jakich poznał Pan Andrzeja Zauchę?

Była godzina między 16 a 17, zapadał zmierzch, ale panowała jeszcze wiosenna aura. Siedzę w klubie "U Jaszczura" w Krakowie. Pojawia się Andrzej. Znaliśmy się z widzenia. Okazało się, że Andrzej jest elementem świeżo "rozlecianego" zespołu Dżamble. Byłem wtedy "poszukującym". Zapytałem się czy chciałby dołączyć do naszego zespołu "Anawa" i śpiewać. Chwilę się zastanowił, bo to nie jego brożka. Kiedy doszliśmy do porozumienia, wszystko poszło tak dynamicznie, że z dzisiejszej perspektywy trudno sobie wyobrazić, żeby można było w ciągu dwóch miesięcy skomponować repertuar na półtoragodzinny materiał, wyćwiczyć go, i tak dalej.

To był okres, w którym Marek Grechuta zaczął nagrywać solowo i szukał Pan po prostu nowego wokalisty…

Tak, rozeszliśmy się z Markiem. Mnie się nasza współpraca podobała, ale po 4 latach byłem nieco znużony tą estetyką i rodzajem takiej powtarzalnej twórczości. Myślę, że może nie z jakąś satysfakcją, ale po prostu rozeszliśmy się, utrzymując w dalszym ciągu towarzyski kontakt. W efekcie Marek założył swój zespół i zaproponował coś zupełnie coś innego niż ze mną. Tymczasem ja udałem się w nową przygodę z nowym składem zespołu i z Andrzejem Zauchą na pokładzie. Efektem tej współpracy jest wspomniana płyta, która nie osiągnęła wówczas jakiejś szczególnej popularności. Andrzej zrezygnował kilka miesięcy po nagraniu płyty. Być może dużo go to kosztowało, ponieważ nie były to jego teksty, nie jego estetyka - on chciał po prostu grać na saksofonie w restauracji w jakiejś podgórskiej austriackiej miejscowości. W dalszym ciągu mam wrażenie, że jakaś świeżość przebijała z tej płyty, jakaś intencja, że chcieliśmy zrobić coś nowego - w sensie literackim i w sensie muzycznym - jakiś rodzaj takiego łączenia czyli fusion. Połączenie na kształt kwartetu smyczkowego, ale z feelingiem jazzowym - takie były nasze zamierzenia. Fenomenalny głos Andrzeja szczególnie w utworze "Ta wiara". Ach jak on to śpiewał! Coś wspaniałego. "Abyś czuł" - pamiętam tamte numery to mnie jeszcze dzisiaj bardzo "bierze".

Wspomniana płyta ukazuje się w nowej serii. Czy wie Pan, ile tomów docelowo będzie liczyć "Antologia"?

Prawdopodobnie 11. Po pierwszej płycie ukazała się płyta "Harfy Papuszy". Jest to koncert sprzed 20 lat. Ożywiona przez film Państwa Krauzów Papusza wraca przez fale słusznej jej glorii. Wszystko owiane tajemnicą, śpiewane po cygańsku. Język cygański jest na ogół niezrozumiały. Obawiam się, że Pan Redaktor nie mówi płynnie po cygańsku.

Niestety nie, ale za to mówię płynnie po śląsku.

Z elementami cygańszczyzny? Ja po cygańsku płynnie nie mówię, ale pewne frazy potrafię powiedzieć z odpowiednim akcentem, a to dlatego, że byłem zafascynowany brzmieniem tego języka i romską poezją. Więc to, co się ukazało są to "Harfy Papuszy", a potem w dalszej kolejności, co może Pana Redaktora ucieszyć, mam taką nadzieję - nasze nagrania z Markiem Grechutą w pierwszym składzie zespołu Anwara. Jest to trzecia płyta. Są to nagrania radiowe, a nie to, co już znamy z albumów - tylko wersje radiowe, w których ten entuzjazm jest bardzo wyrazisty. Entuzjazm takiego pozytywnego napięcia.

... i przede wszystkim Pańskie kompozycje. To jest sens powstawania tej antologii.

Chyba są to nienajgorsze kompozycje? Są wśród nich kompozycie żwawe i takie smutniejsze, do płaczu i nie mówię tego z jakąś przekorą. Chodzi o rodzaj wzruszenia, który jest niezbędny w piosenkach. Piosenka to forma krótka, ale taka skupiająca, kompatowa, dlatego przywiązuję do tego dużą wagę.

Do tej różnorodności czy do krótkiej formy?

Do piosenki kiedyś robionej, ale do różnorodności również dużą wagę, żeby nie zanudzić jednostajnością. Z drugiej strony podziwiam to. Co Pan sądzi o wybitnym gościu Paulu McCartneyu, który od 58 lat robi piosenki i mu się to nie nudzi? Podziwiam go.

A ja go wręcz ubóstwiam, więc chyba jestem kroczek dalej.

Fantastyczny gość.

Był Pan na koncercie Paula McCartneya w Warszawie?

Nie, ale byłem kiedyś na koncercie w Paryżu. McCartney grał wtedy z zespołem "Wings".

To Panu zazdroszczę…

No makabra, tam było z 30 tysięcy ludzi…

Więc woli Pan bardziej kameralne koncerty?

Tak, chciałbym, żeby McCartney zagrał "U Jaszczura".

To niech go Pan zaprosi.

To jest myśl!

Niech mu Pan wyśle Antologię w pudełku z zaproszeniem, on posłucha i na pewno przyjedzie.

Come on sir Paul McCartney! Come on to Polskie Radio Katowice. Hello Paul, Jan Kanty speaking!

Myślę, że to wystarczy. Ja mu to wyślę.

Proszę to pięknie zmontować, dodać mocne trąby, żeby poszło w pięty i wysyłamy.

Jeszcze pozwolę sobie wyciąć jakiś instrumentalny fragment z Pana "Antologii", żeby go zachęcić możliwością ewentualnego duetu.

Niech Pan napisze: "Panie Paulu dogadamy się".

Gdyby Paul McCarteny chciał zaśpiewać coś z Pana kompozycji, to Pan oczywiście zgadza się natychmiast?

Natychmiast nie, ale dogadamy się.

Czyli jednak krakowskie negocjacje? Mocno to w Panu siedzi.

Zgoda buduje, niezgoda rujnuje.

… i to mówił Jan Kanty Pawliśkiewicz.