Koszykówka - Ekstraklasa - Anwil zwyciężył GTK

fot.mat.pras.

GTK Gliwice było w stanie toczyć wyrównaną walkę z mistrzem Polski, Anwilem Włocławek tylko przez 24 minuty gry. Potem gospodarze włączyli kolejny bieg i totalnie zdominowali przebieg wydarzeń na parkiecie. Zespół Igora Milicicia wygrał aż 118:74, To najwyższa porażka GTK w historii występów w ekstraklasie.

Przed meczem wszyscy zastanawiali się jakie oblicze Anwilu zobaczymy na parkiecie we Włocławku. Nie ulegało wątpliwości, że potencjał ofensywny gospodarzy jest ogromny, kwestią otwartą pozostawało, czy zostanie zaprezentowany oraz czy po drugiej stronie parkietu podopieczni Igora Milicicia będą bronić tak, jak oczekuje od nich ich szkoleniowiec. Początek dla miejscowych był obiecujący to bardzo szybko trafił z dystansu Chase Simon, a pod kosz wbił się Rolands Freimanis (5:0). GTK szybko pozbyło się kompleksów, a odważne rzuty zza łuku Milivoje Mijovicia i Brandona Tabba wpadły do kosza i goście po raz pierwszy w tym meczu objęli prowadzenie. 

Podrażnieni koszykarze mistrza Polski zintensyfikowali swoja starania w ataku i raz po raz piłka wpadała do kosza. Przyjezdni cały czas byli blisko, bo zza łuku przymierzył Kacper Radwański, a kolejne udane akcje przeprowadzał także Tabb, który albo sam występował w roli egzekutora albo dogrywał do lepiej ustawionych kolegów. Po jego podaniu do Joe Furstingera, po którym środkowy gliwiczan zapakował piłkę do kosza było tylko (14:13). Kiedy Tabb sam wykończył kontrę, a sytuacyjną piłkę dobił Mijović podopieczni Turkiewicza ponownie wysunęli się prowadzenie (16:17). Anwil szukał także innych rozwiązań i aktywnie zaczął korzystać z zawodników podkoszowych. Dobre momenty mieli Milan Milovanović, wcześniej wspomniany Freimanis oraz Szymon Szewczyk. W GTK dobrze na parkiet wprowadził się Łukasz Diduszko, który po wznowieniu gry z autu trafił zza linii 6,75 m, a dzięki jednemu celnemu rzutowi wolnemu Dawida Słupińskiego nasz zespół minimalnie prowadził po pierwszych 10 min. gry (23:24).

W końcówce pierwszej kwarty na parkiecie w szeregach włocławian pojawił się Tony Wroten. Największa gwiazda w talii trenera Milicicia w poprzednim ligowym spotkaniu przez 25 min. gry nie oddała żadnego rzutu, starając się tylko podawać. Sporo było oskarżeń o sabotowanie gry, ale tym razem Amerykanin szybko pokazał, że tym razem rzucać będzie. Jego dynamiczne wejścia w pola trzech sekund było nie do zatrzymania dla defensywy gliwiczan i to dzięki temu zawodnikowi GTK nie mogło odskoczyć na więcej niż cztery punkty różnicy. Po akcji 2+1 w wykonaniu Tabba było 28:32, ale już po chwili był remis za sprawą Wrotena. Anwil umiejętnie wykorzystał też kolejnego podkoszowego, Krzysztofa Sulimę. Ostatnio nie cieszący się szczególnym zaufaniem trenera Miliicia zawodnik tym razem dobrze wprowadził się w mecz i wykorzystał swoje okazje na zdobycie łatwych punktów. Po drugiej stronie parkietu dobrze prezentował się Payton Henson, który prezentował swój szeroki repertuar zagrań w ofensywie. Gospodarze zaczęli jednak stopniowo odjeżdżać, głównie dzięki aktywnej postawie na atakowanej "desce". Aż 11 zbiórek w ataku w pierwszej połowie pozwoliła im ponawiać akcje i powiększać przewagę. Po skutecznym wejściu pod kosz Chrisa Dowe było już 55:41. Sytuację przed przerwą lekko poprawił Radwański, trafiając dwa rzuty wolne.

Po przerwie nie było jednak powrotu gliwiczan do gry jak to już kilka razy miało miejsce w tym sezonie. Próbował jeszcze szarpać Mijović, ale osamotniony w swoich bojach niewiele mógł zdziałać. Z kolei Anwil rozpędzał się coraz mocniej. Z ogromną łatwością punktowali Ricky Ledo i Simon. Amerykański duet zawodników obwodowych trafiał jak szalony, a przewaga zespołu Milicicia rosła w zastraszającym tempie (72:49). GTK kompletnie się pogubiło, a kolejne nieudane akcje tylko napędzały miejscowych. Swoje miejsce odnalazł także Michał Sokołowski, a swój dorobek mocno powiększał także Sulima, który zostając na obwodzie bez krycia karcił przyjezdnych raz za razem. Kiedy ponownie na parkiecie pojawił się Wroten, dramat zespołu Pawła Turkiewicza rozpętał się już na całego. Rozgrywający Anwilu niczym czołg wbijał się w strefę podkoszową i sprawiał, że różnica pomiędzy oboma zespołami stawała się coraz większa. Po 30 min. było 98:59.

Popularna "setka" pękła już na początku ostatniej osłony, kiedy nie kto inny jak Wroten trafił zza łuku. Na całe szczęście dla kompletnie rozbitych gości koncentracja Anwilu znacząco spadła. Pojawiła się spora niedokładność i rozluźnienie, dzięki czemu tempo zdobywania punktów przez miejscowych znacząco zmalało. Praktycznie tylko Jakub Karolak dążył do tego, by jeszcze śrubować wynik. W gliwickim zespole także pojawili się zmiennicy, ale pojedyncze trafienia z dystansu Hensona czy też Piotra Hałasa nie mogły znacząco zmienić obrazu klęski. Końcowy wynik ustalił Sulima, raz jeszcze trafiając zza łuku (118:74). Ostatecznie GTK przegrało różnicą aż 44 punktów, odnosząc najwyższą porażkę w historii swoich występów ekstraklasie.

Kolejnym rywalem gliwiczan będzie WKS Śląsk Wrocław. Mecz odbędzie się 17 listopada we Wrocławiu o godzinie 19.30.

Anwil Włocławek - GTK Gliwice 118:74 (23:24, 32:19, 42:16, 21:15)

Anwil: Chris Dowe 12, Chase Simon 16 (1x3), Ricky Ledo 16 (4x3), Rolands Freimanis 8, Milivoje Milovanović 6 - Tony Wroten 22 (1x3), Krzysztof Sulima 14 (2x3), Michał Sokołowski 9 (1x3), Jakub Karolak 8 (2x3), Szymon Szewczyk 5, Igor Wadowski 2, Adam Piątek. Trener Igor MILICIĆ.

GTK: Duke Mondy 2, Brandon Tabb 13 (2x3), Kacper Radwański 6 (1x3), Milivoje Mijović 9 (1x3), Joe Furstinger 4 - Payton Henson 19 (1x3), Dawid Słupiński 8, Łukasz Diduszko 5 (1x3), Piotr Hałas 4 (1x3), Mateusz Szlachetka 4. Trener Paweł TURKIEWICZ.

W innym niedzielnym spotkaniu Legia Warszawa zwyciężyła Kinga Szczecin 95:87 (25:25, 23:24, 19:21, 28:17).
W tabeli prowadzi Polski Cukier Toruń przed Treflem Sopot (obie drużyny z bilansem: 6 zwycięstw - 1 porażka). 

/mat.pras./iar/mm/