A przed wojną, chyba tą pierwszą, polubił się z panem Władkiem o tatarskich rysach i resztkach fryzury w kaszkiecie. Opa był jeszcze dzieckiem, opowiadał mu o walce klas w swojej szkole na Ostropie, o radach nauczycielskich i uczniowskich i wielu innych sprawach. A pan Władek i jego żona, pani Nadzieja, przeżywali to bardzo. Chyba nawet zainspirowani małym Opą podpalili potem pół świata.
Rakieta odleciała, Hajokowie na Marsie zakładają rasę Homo Silesius, świat się kończy, a Opa zostaje ostatnim Ziemianinem. I opowiada – całe swoje życie, a nawet wiele żyć, co jedno to ciekawsze: o tym jak zbudował fabrykę gumek recepturek w Radzionkowie, jak upił farorza Moczygembę nalewką z agrestu i jak jego żona, Oma, opowiadała konającym dowcip o łysej Cygance w rakiecie kosmicznej. Mądrego dobrze posłuchać.
Tak, Opa, postać grana w spektaklu „Nikaj” przez Wiesława Sławika z Teatru Śląskiego, zaczęła żyć własnym życiem. Ale chodzi mu o coś więcej. Opa chce zebrać pieniądze na studnię w Sudanie Południowym, pomóc potrzebującym. Taka studnia kosztuje tyle co skromne śląskie wesele. 50 tauzenów. Na nowe. Opa wierzy, że się uda. A że studnia będzie nosiła jego imię – no cóż, to już trzeba mu wybaczyć. Zawsze był trochę gieroj, a trochę pieron.
